2 marca 2010

autor : Cortes i Oksza z podkastu CELULOID

My name is Holmes, Sherlock Holmes

Sherlock Holmes

  • Rok: 2009.
  • Czas: 128 min.
  • Grają: Robert Downey Jr., Jude Law, Rachel McAdams i Mark Strong.
  • Reżyseruje: Guy Ritchie.

Film wkrótce w sklepie Merlin.pl

Sherlock Holmes” Guy’a Ritchiego to opowieść o najsłynniejszym detektywie na miarę naszych czasów. Nowoczesny kryminał natargetowany jest na PG-13 i widzowie w tym wieku najbardziej polubią Roberta Downey’a Jr., którego kryminalna przeszłość dopełnia nowe oblicze Holmesa. Inteligentny, bezkompromisowy i zbzikowany. Idealny do oglądania w zimowy sobotni wieczór z kumplami przy piwku.
Film nie jest jednak ekranizacją opowiadań Arthura Conan Doyle’a, lecz pomysłu na komiks, jaki zrodził się w głowach dwóch rysowników. To już drugie tego typu przedsięwzięcie po „300” Franka Millera. Dzieło jest bezapelacyjnie najbardziej kasowym przedsięwzięciem Ritchiego. Osiągając zawrotną sumę 295 milionów dolarów (stan na 18 stycznia br.) skutecznie zamyka usta wszelkim malkontentom narzekającym na zbezczeszczenie jedynie słusznego wizerunku Holmesa. Podobnie zresztą było w przypadku historyków i bitwy pod Termopilami. Ludzie łakną rozrywki, a nie prawdy.
Lifting jaki przechodzi angielska kultura to już chleb powszedni. Klasyka idzie do lamusa, chyba że podda się kulturze masowej. Teraz Bond nie mówi już „Wstrząśnięta, nie mieszana” tylko „Gówno mnie to obchodzi”, bo i szaremu zjadaczowi chleba to zwisa i powiewa. Podobnie było w przypadku opowieści o tworzeniu „Romeo i Julii”. To już nie te czasy kiedy William pochylał się nad swoim dramatem niczym Beethoven w „Wiecznej miłości”. Teraz akt twórczy przebiegać musi w duchu komedii romantycznej, jak w „Zakochanym Szekspirze”. A prawda historyczna jest tylko dla odważnych twórców z utrwaloną reputacją, takich jak Gibson ze swoją „Pasją”.

Najnowsza produkcja Guya Ritchiego wzbudza wiele emocji, zarówno pozytywnych, jak i negatywnych. Mamy do czynienia z całkiem nową, upragedowaną i przekoloryzowaną wersją słynnego detektywa. Tytułowy bohater (w tej roli niepodważalnie doskonały Robert Downey Jr.) walczy jak prawdziwy bokser i zbudowany jest nawet jak Rocky B., co wyraźnie kłóci się z jego stylem życia (nie je, nie śpi, nie wychodzi z domu a jedynym jego „sportem” jest gra na smyczkowym instrumencie). Wykreowany na super-bohatera, wykazuje (na szczęście) niektóre cechy z pierwowzoru Conana Doyle’a: błyskotliwy, inteligentny, nieco ekscentryczny i uzależniony wręcz od rozwiązywania zagadek. Razem ze swoim, równie i podejrzanie wysportowanym jak na lekarza, przyjacielem Watsonem (Jude Law), mierzą się z Lordem Blackwoodem (Mark Strong), który postanowił powstać z grobu i popróbować okultyzmu.
Historia porywająca i wciągająca, mocno nasycona dobrymi efektami specjalnymi i wspaniałą muzyką. W tle zamglony Londyn, jakiego nie znacie. Ritchie daje to, czego dzisiaj się od kina oczekuje – akcja, akcja i jeszcze raz akcja. „Sherlock…” trzyma w napięciu, dostarcza rozrywki, momentami rozśmiesza w typowo brytyjskim stylu.
Podsumowując – jest to bardzo luźna interpretacja pierwowzoru Conan Doyle’a, ale jak na kino hollywoodzkie – jest to dobry film. Nieprzewidywalny, niestandardowy. Warty obejrzenia na pewno dla scenografii oraz świetnych kreacji aktorów. Otwarte zakończenie, zamiast kiczowatego happy endu. Miłośnicy książki jednak powinni zachować spory dystans do tej produkcji. Ritchie daje nam trochę Bonda, trochę Indiany Jonesa, i tylko trochę Holmesa.


Newsy i linki:

  1. Zwiastun “Sherlocka Holmesa” Guy’a Ritchiego.
  2. Wstrzymano produkcję serialu “24 godziny” z Kieferem Sutherlandem.
  3. W przygotowaniach “Sherlock Holmes 2” kontynuacja przygód słynnego detektywa.

Muzyka:

  1. Beau Hall – “No Sleep Funk“.
  2. Peter Gabriel – “Signal To Noise“.


2 marca 2010

autor : Cortes i Oksza z podkastu CELULOID

Gabinet doktora Parnassusa

Parnassus

(“The Imaginarium of Doctor Parnassus”)

  • Rok: 2009.
  • Czas: 122 min.
  • Grają: Christopher Plummer, Heath Ledger, Johnny Depp, Jude Law, Colin Farrell i Tom Waits.
  • Reżyseruje: Terry Gilliam.

Film wkrótce w sklepie Merlin.pl

Kiedy na ekrany polskich kin wchodziła „Mgła” Franka Darabonta plakaty krzyczały z billboardów, że widzowie mieć będą do czynienia z nowym „Dniem Niepodległości” albo co najmniej „Wojną światów”. Jaki był zawód wielu, kiedy okazało się, ze dostali po prostu ekranizację kolejnej powieści Stephena Kinga, którego styl w niczym nie przypomina blockbusterów spod dłuta Emmericha i Spielberga. Podobnie rzecz się ma z „Parnassusem”, którego zwiastuny przygotowują nas na magiczny korowód z Lwem i Szalonym Kapelusznikiem w pierwszym szeregu. Nic bardziej mylnego. Nowy film Gilliama to powrót do lat 80., kiedy kwitła jego współpraca z Charlesem McKeowenem przy takich produkcjach jak „Brazil” czy „Przygody barona Munchausena”.
Chociaż trudno nie zauważyć, że „Parnassus” aż kipi od efektów specjalnych, a za reżyserem ustawia się sznurek gwiazd to jednak w zamierzeniu nie miał to być film komercyjny czy blockbuster. Pierwszą ku temu przesłanką jest zatrudnienie niszowego piosenkarza Toma Waitsa do roli diabła, a nie aktora formatu De Niro z „Harry Angela” czy Pacino z „Adwokata diabła”. Drugą to Ledger, którego śmierć nieelegancko wykorzystano w promocji filmu. Aktor został zatrudniony jeszcze przed pamiętnym występem w „Mrocznym rycerzu”, kiedy był na świeżo po debiucie u Gilliama w „Nieustraszonych braciach Grimm”.
A jednak film reklamowany jest jak blockbuster i sam zwiastun kreuje przed nami wizję baśni? Dlaczego? Odpowiedź znajduje się w „Zagubionym w La Manchy” – dokumencie o przysłowiowej pięcie Achillesa Gilliama – „Człowiek, który zabił Don Kichota”. Film, którego realizacja zajmuje już bez mała 10 lat. Po klapie „Krainy traw” i nigdy nieukończonym „… Don Kichocie”, zarówno „Parnassus” jak i „…bracia…” mają podreperować i tak już nadwątlony budżet reżysera i odbudować jego dobre imię w światku filmowym. Renoma w Hollywood i Cannes jest na wagę złota. Nie tak jak w Polsce, gdzie po realizacji dennego filmu można było położyć dwa kolejne, bo może reżyser miał wcześniej złą passę. Na Zachodzie po zrobieniu gówna rzadkiej wody musisz się zacząć zastanowić, jakie to są „Rzeczy, które robisz w Denver będąc martwym”.

Cafe MakabraNiewielu ludzi potrafi w dzisiejszych czasach opowiadać historie, które, łącząc niemożliwe z codziennością, tworzą coś, co pozwala nam wyrwać się choć na chwilę z otaczającego nas świata i zostawić w tyle troski. Wielu robi to tworząc produkty kolorowe i zachwycające, czasami nawet zawierające jakąś mądrość, ale niewielu potrafi wysnuć prawdziwe fantazje, które możemy przeżyć tylko w naszych snach.
Terry Gilliam jest właśnie taką osobą, która w swoich surrealistycznych, często groteskowych i przeważnie nieskomplikowanych historiach przenosi nas w świat wyobraźni. Nie zawsze siląc się na aplauz publiczności robi rzeczy szczere, które niekoniecznie muszą okazywać się hitami kasowymi. Początki twórczości Gilliama związane są oczywiście z absurdalnym dowcipem Monty Pythona, który nie ma w sobie praktycznie nic mrocznego, ale po latach Gilliam zaczął tworzyć rzeczy, które radością w pełni nie kipiały. “Brazil“, “12 małp” czy w końcu ostatni tytuł, “Kraina traw“, pokazują Gilliama jako osobę, która opowiada mroczniejsze historie.
Parnassus” wydaje się być próbą Gilliama do stworzenia klimatu klasycznej baśni o walce dobra ze złem w iście gaimanowskim stylu – Londyn, diabeł i trupa teatralna dobijająca z nim targu. Próba ta jest zrealizowana w o wiele głębszym tonie niż komediowi “…Bracia Grimm“, przez co film wydaje się mieć więcej treści, ale koniec końców jest to prosta i lekka historia, opowiedziana nadzwyczaj barwnym i zadziwiającym materiałem.
Filmy Gilliama nie są dla wszystkich Z pewnością miłośnicy poprzednich jego realizacji nie poczują się zawiedzeni i być może poczują podobny zachwyt jak przy oglądaniu “Brazil“. Z kolei ci, którzy Gilliama nie są pewni, mogą nie do końca być przygotowani na ten niejednoznaczny obraz, który z pozoru operuje banalnymi treściami, ale ma w sobie sporo poezji bez próby infantylizacji przed konsumentami nieskomplikowanego amerykańskiego kina.

nullParnassus” to film, po którym można – jak to często bywa u Terry’ego Gilliama – dostać zupełnego zawrotu głowy i wylądować na podłodze, bełkocząc: “Munchausen, Muchanusen“… Jednak od przygód wiecznie odmładzającego się barona minęło już ponad dwadzieścia lat i – niestety – technika filmowa poszła daleko naprzód. Niestety, bo budżet efektów komputerowych w osobistym kinie autora Brazil, które tak nie pasuje do linii Hollywood i ogólnego nadęcia superprodukcji, odciska się na projekcie niedofinansowaniem i niedopracowaniem. Pewnie do pewnego stopnia celowym – film opowiada o teatrze i ma pozwalać, by wyobraźnia widza miała jeszcze coś do zapełnienia. Na początku można uznać, że autor pcha nas w szpony swych niewykorzystanych pomysłów, które – po wszystkich porażkach i zawieszonych realizacjach – muszą już powodować nietęgą migrenę. Na szczęście, to tylko pozory. Reżyser dobiega siedemdziesiątki i po płytkich “Nieustraszonych braciach Grimm“, zebrał się na głębszą refleksję. “Parnassus” to dla niego trzecia podróż wraz z Charlesem McKeownem, w której cofają się do początków kina – czasów, gdy Georges Méliès bez skrępowania proponował swojej widowni szalone feerie. Filmowym obłędem, niezważaniem na pozory realizmu (cóż bardziej nieprzystającego do Gilliama, niż – jak zawsze – kalekie imitowanie rzeczywistości?), reżyser wygrywa ze swymi ostatnimi filmami, w których nie miał okazji, by go naprawdę poniosło w siną dal srebrnego ekranu. Z drugiej strony, ilość atrakcji nie przeszła dla mnie w jakość. W czasie seansu może ogarnąć śmiertelne znużenie. By dobrze “Parnassusa” odebrać, potrzeba zapewne spojrzenia dziecka i otwartości, których sporej części widowni, w tym mnie, już dawno brakuje. Czy opowieść o błędnym rycerzu walczącym z wiatrakami (której premiera powoli nadchodzi) będzie starciem z widzem, po którym Gilliam – nasz współczesny Méliès – odkryje, jak bardzo jest samotny w swych poszukiwania i wyrzuci swe zabawki z płaczem do kanału?


Newsy i linki:

  1. Zwiastun “Parnassusa” Terry’ego Gilliama.
  2. Rozwinięcie roli Diabła na nowym krążku Waitsa “Glitter And Doom Live“.
  3. Gilliam powraca do porzuconego projektu “Człowiek, który zabił Don Kichota“.
  4. Tom Waits dla odmiany w roli Boga na “Tamtym świecie samobójców” Gorana Dukica.

Muzyka:

  1. Beau Hall – “No Sleep Funk“.


2 lutego 2010

autor : Cortes i Oksza z podkastu CELULOID

Smerfy na księżycu

Avatar

  • Rok: 2009.
  • Czas: 162 min.
  • Grają: Sam Worthington, Sigourney Weaver, Stephen Lang, Michelle Rodriguez i Giovanni Ribisi.
  • Reżyseruje: James Cameron.

Film wkrótce w sklepie Merlin.pl

W dzisiejszych czasach rośnie zapotrzebowanie na tzw. filozofię plażową, określaną czasem pejoratywnie „filozofią dla ubogich”. Termin został wymyślony przy okazji omawiania „Z archiwum X” i oznaczał intelektualną papkę jaką byliśmy karmieni przez twórców tego show. Była to mieszanka wszelkiej maści prądów myślowych, kulturowych, filozoficznych a nawet religijnych. Najbardziej jest to widoczne w filmach, przesiąkniętych licznymi nawiązaniami do wierzeń wielu kultur, jak w przypadku „Matrixa” Wachowskich czy „Źródła” Aranofsky’ego. Nie inaczej jest w przypadku najnowszego filmu Camerona „Avatar”.
Tak liczny wysyp produktów prezentujących szeroki wachlarz odniesień, zarówno do Wschodu, jak i Zachodu, jest naturalną konsekwencją globalizacji i łatwiejszego dostępu do co bardziej orientalnych myśli filozoficznych. Człowiekowi przestaje wystarczać prosta historia. Chce odkryć sens kryjący się za ciągiem wydarzeń i ów sens odnajduje w spuściźnie wielu kultur. By nie szukać daleko, wystarczy sięgnąć po święcącego triumfy „Sherlocka Holmesa” czy, cieszącego się sporą popularnością, serialu „Fringe. Na granicy światów”. W obu przypadkach można zetknąć się ze swobodną adaptacją wierzeń starożytnych Egipcjan, które od lat fascynuje świat.
Nagrodzony Złotym Globem „Avatar” jest na wskroś przesiąknięty takimi odniesieniami. Do tego stopnia, że nasuwa się myśl, czy pod tą skorupą odnajdziemy coś więcej. Wszystkich oczekujących drugiego „Terminatora” czeka wielki zawód, podobnie jak fanów talentu M. Night Shyamalana czekała spora niespodzianka po „Kobiecie w błękitnej wodzie”. Pięknie zobrazowana baśń pozostaje jednak tylko baśnią i na taką stylistykę winni się przygotować wszyscy widzowie.

Cafe MakabraJames Cameron powraca po dwunastu latach z kolejnym kasowym hitem, jednym z najbardziej oczekiwanych filmów zeszłego roku. Zabawne, jak osoba, której nazwisko jest jednym z najbardziej znanych w świecie filmu, zrealizowała tak niewiele tytułów. Większość okazała się być blockbusterami i ikonami gatunku swoich czasów, łamiącymi bariery realizacji i zysków.
Nie inaczej jest z najnowszym obrazem „Avatar”. Historia kalekiego marines przybywającego na obcą planetę, na której toczy się starcie pomiędzy najeźdźcami – zawsze pazernymi ludźmi i żyjącymi dotąd w błogim spokoju autochtonami – ludem Na’vi. Fabularnie filmowi bliżej jest do kolorowych produkcji Disneya niż do poprzednich, mrocznych konwencji S-F Camerona. Standardowa historia o podboju “dzikusów” połączona z oczywistym wątkiem miłosnym nie jest niczym nowym i oglądając “Avatara” można mieć przebłyski z przeróżnych filmów, od „Rapa Nui”, przez „Ostatniego samuraja”, a na „Tańczącym z wilkami” kończąc.
Avatar” operuje prostą, momentami ułomną, treścią w bogatej formie. Kolorowy bezmiar obcej planety oczaruje z pewnością większość z nas. Ci jednak, którzy oczekują filmu skłaniającego do głębszych przemyśleń mogą czuć pewien zawód. Oglądając „Avatara” zróbcie sobie przysługę – dajcie sie ponieść i nie starajcie zbytnio analizować tego, co widzicie na ekranie, wtedy naprawdę nie pożałujecie pieniędzy.


Newsy i linki:

  1. Scenarzysta “Rodziny Soprano” i Martin Scorsese wypuszczają “Boardwalk Empire” o Ameryce czasów prohibicji.
  2. Sam Raimi w kolejce do reżyserii “Nemesis” Marka Millara, autora “Wanted. Ścigani” oraz “Kick-Ass“.
  3. Patryk Vega rozmawia z Clivem Owenem na temat roli tytułowej w kultowym “Thorgalu“.
  4. Alexandre Aja kręci “Piranie 3D” kontynuację przebojów Joe Dante i Jamesa Camerona.

Muzyka:

  1. Beau Hall – “No Sleep Funk“.


20 stycznia 2010

autor : Cortes i Oksza z podkastu CELULOID

European Podcast of the Year

European Podcast AwardMiło nam poinformować, że Celuloid został nominowany do nagrody European Podcast of the Year 2010. Konkurs jest organizowany przez inicjatywę “European Podcast Award” przy współudziale firmy Olympus. Jego celem jest premiowanie podcastów audio z całej Europy, które wyróżniają się treścią, oryginalnością i popularnością. W połowie kwietnia 2010 nastąpi ogłoszenie wyników i powiadomienie zwycięzców konkursu.


13 stycznia 2010

autor : Cortes i Oksza z podkastu CELULOID

Celuloid na Facebooku i Gronie


Z przyjemnością oznajmiamy, że podcast Celuloid uruchomił oficjalną stronę na portalu społecznościowym Facebook. Umożliwi ona na swobodny i wygodny dostęp do wszystkich odcinków podcastu. Traktujemy to jako naturalny krok naprzód w relacji z naszymi słuchaczami. Kolejnym jest udostępnienie naszego kanału RSS aplikacji Gronocast w wersji webowej i mobilnej dla wszystkich Gronowiczów zainteresowanych polskim podcastingiem. Następne niespodzianki w przygotowaniu.


12 stycznia 2010

autor : Cortes i Oksza z podkastu CELULOID

Tykwer mówi bankowy

The International

  • Rok: 2009.
  • Czas: 118 min.
  • Grają: Clive Owen, Naomi Watts i Armin Mueller-Stahl.
  • Reżyseruje: Tom Tykwer.

Film wkrótce w sklepie Merlin.pl

Istotą filmu „The International” jest czarna magia. W Średniowieczu rozumiana dosłownie, dzisiaj używana w formie metaforycznej. Najnowszy obraz Toma Tykwera, podobnie jak wcześniej „Zeitgeist”, przedstawia nam „świat w znaczącym stopniu kontrolowany przez oligarchię finansową”. Ekonomiści szybko wyłapią błędy w scenariuszu. Dla reszty z nas to czarna magia, która, przez swój enigmatyczny charakter, niepokoi nas, a czasami nawet przeraża.
Intryga „The International” luźno opiera się na faktycznym skandalu, jaki powstał po opublikowaniu w 1991 roku raportu Sandstorm nt. Bank of Credit and Commerce International. Z kulisami skandalu proponuje zapoznać się po seansie, żeby nie psuć sobie przyjemności z oglądania.
Sam film czerpie garściami z klasyków kina sensacyjnego, takich jak „Francuski łącznik” czy „Maratończyk”. Twórcy zmuszeni byli jednak dokręcić sceny akcji, gdyż pierwsza wersja była najzwyczajniej w świecie nudna. Dalej krąży opinia, że dzieło ma charakter iście teatralny, czego dowodem jest chociażby przeniesienie scenariusza na deski teatru pod zmienioną nazwą „Across Boundaries”. Ale dla wysmakowanych koneserów pozycja ta pozostaje obowiązkowa.

Cafe MakabraThe International” przykuł całą moją uwagę na pierwsze dziesięć minut. Następnie dał mi trochę odpocząć od zachwytu, pozwalając podelektować się ładnymi ujęciami i klimatyczną muzyką. Potem mój umysł już tylko błądził, zastanawiając się, czy fabuła i skomplikowane powiązania bohaterów są na tyle ważne by cieszyć się tego typu filmem i oczekiwać wielkiego zakończenia.
On (znaczy Clive Owen) jest agentem stojącym po stronie dobra i starającym się za wszelką cenę rozwiązać Sprawę (z pomocą Naomi Watts). Oni (znaczy przeciwnicy) to międzynarodowi bankierzy i ich pomagierzy, likwidujący zbędne przeszkody w ciemnych interesach. Obraz ma być z założenia sensacją – jest broń, są strzały (widowiskowa akcja w nowojorskim muzeum Guggenheima – bezcenna), nawet pościgi. Problem w tym, że poza świetnym wstępem, film posiada dziwna strukturę, która raz nas skutecznie usypia, to znowu budzi w niespodziewanych momentach, dążąc do zupełnie frustrującego finału. Całość sprawia wrażenie lepiej wyglądającego pilota nowej serii HBO.
Za to Clive Owen robi wrażenie aktora świetnie dobranego do roli. Niestety przypadło mu grać osobę, która wdała się w sprawę, której nie do końca rozumie. Na przestrzeni całej historii jego twarz prezentuje nam różne odmiany zdziwienia, zaskoczenia i prób ogarnięcia sytuacji. Podobnie jak główny bohater, oglądałem kolejne zwroty akcji z marsową miną, starając się nadążyć za rozwijającą się teorią spisku globalnego. I tak jak głównemu bohaterowi, tak i mnie nie wychodziło to najlepiej.
The International” nie jest filmem wybitnym. Na dobrą sprawę nie jest też klasyczną sensacją. Trzyma w napięciu. Ale zbyt duży nacisk położony na dialogi nie pokrywa się w całości z założeniami gatunku. Bliżej mu już do filmów szpiegowskich. Jeśli ktoś polubił „Trzy dni Kondora” czy „Dzień Szakala” z pewnością znajdzie coś dla siebie w ostatnim filmie Toma Tykwera.


Newsy i linki:

  1. HBO przygotowuje serial na podstawie komiksu “Kaznodzieja“.
  2. Roland Emmerich wyreżyseruje ekranizację książki “Fundacja” Isaaca Asimova.
  3. Debiut reżyserski Philipa Saymora Hoffmana “Jack Goes Boating” opowiadać będzie o narkotykach i pływaniu.
  4. Zack Snyder realizuje “Sucker Punch“, autorską wersję “Alicji w Krainie Czarów” z lobotomią i karabinami maszynowymi w tle.


20 sierpnia 2009

autor : Cortes i Oksza z podkastu CELULOID

Sześciu panów w siodłach nie licząc małpy

Magia uczuć

“The Fall”

  • Rok: 2006.
  • Czas: 117 min.
  • Grają: Lee Pace.
  • Reżyseruje: Tarsem Singh.

Film wkrótce w sklepie Merlin.pl

W 2000 roku na ekrany weszła „Cela”, która, z uwagi na obecność Jennifer Lopez w obsadzie, została z góry skreślona przez kinomanów. Dopiero później okazało się, że pierwsze wrażenie było mylne i, dzięki poczcie pantoflowej, film szybko osiągnął sukces kasowy. Pierwsze skrzypce grały w nim scenografia, kostiumy i charakteryzacja. Za ostatnią był zresztą nominowany do Oscara.
Sześć lat musiano czekać na nowy obraz Tarsema Singha. Poszukiwania odpowiedniego tematu zawiodły reżysera do Bułgarii, gdzie w 1981 roku powstał „Yo ho ho” Zako Heskija. Akcja remake’u ponownie jest dwubiegunowa, ale tym razem to nie umysł seryjnego mordercy jest miejscem wydarzeń, a wyobraźnia kaskadera filmowego.
Stylistycznie „Magia uczuć” jest zbliżona do „Źródła” Aronofsky’ego i podobnie boryka się z problemem przerostu formy nad treścią. To właśnie forma, a w szczególności obraz, głównie fascynuje Singha, zarówno w reklamie, jaki i w filmie. O ile jednak wyjaśnienie całej intrygi w „Źródle” było bardzo niejasne, o tyle rozwiązanie zagadki w „Magii uczuć” jest stosunkowo proste, żeby nie powiedzieć banalne.
Jest to jednak pozycja obowiązkowa, nie tylko dlatego, że film firmowany jest nazwiskami Davida Finchera i Spike’a Jonze’a. Głównie przez swoją baśniowość, która pochodzi z tej samej parafii, co „Przygody barona Munchausena” Terry’ego Gilliama.

nullKiedy mowa o uczuciach, o wydarzeniach mających niebagatelny wpływ na życie zarówno dziecka, jak i dorosłego człowieka – a przy tym dane jest nam prześledzić opowiadaną historię w bardzo rzeczywisty sposób, to przyznać muszę że film ten zasługuje na uznanie, uwagę i tych kilka łez, których nie sposób nie uronić. Od samego początku, do ostatniej sceny – znajdujemy się w ciepłych, wrażliwych ramionach bohaterów, którzy w swych pragnieniach i umiejętności wykorzystania swej wyobraźni tak dobrze się uzupełniają. Fantastyczny przekaz prawdziwej magii.


19 sierpnia 2009

autor : Cortes i Oksza z podkastu CELULOID

Sen City

Antena

“La Antena”

  • Rok: 2007.
  • Czas: 90 min.
  • Grają: Różni tacy i owacy.
  • Reżyseruje: Esteban Sapir.

Film wkrótce w sklepie Merlin.pl

6 X 1927 to data premiery „Śpiewaka jazzbandu”, pierwszego filmu dźwiękowego. Oficjalnie kino nieme umarło bezpowrotnie, ale wielu reżyserów odkryło, że brak dźwięku czy koloru jest w dzisiejszych czasach bardzo wyrazistym zabiegiem artystyczny. Niewiele powstało tego typu filmów, warto jednak wspomnieć o „Niemym kinie” Mela Brooksa, „Ostatniej walce” Luca Besson i „Zewie Cthulhu” Andrew Lemana. Argentyńska „Antena” Estebana Sapiry wpisuje się w ten nurt, a nawet go przerasta.
Leman, ze swoim „Zewem Cthulhu”, postanowił oddać ducha epoki w jakiej rozgrywa się historia. Ograniczył się tylko do realizacji klasycznego filmu niemego w czerni i bieli. Niecodzienny pomysł zyskał powszechne uznanie i obecnie uważany jest za najlepszą adaptację prozy Lovecrafta. Ale „Antena” wykracza poza ramy i granice, jakimi rządziło się przedwojenne kino. Dzieło Sapira prezentuje sobą coś, co moglibyśmy uznać za współczesny film niemy.
Antena” to historia miasta, które utraciło swój głos. Wszystko co słyszymy – skrzypnięcie drzwi, gong na ringu, trąbienie samochodu jest muzyką. Poszczególne instrumenty tworzą kakofonię miasta tętniącego życiem. Orkiestra imituje dźwięki, a cała ścieżka zasługuje bezapelacyjnie na Oscara.
Mieszkańcy muszą komunikować się przez czytanie z ruchu warg, my natomiast czytamy napisy. Kwestie dialogowe nie pokazują się na planszach, jak w klasycznym starym kinie, ale bezpośrednio na obrazie. Są one częścią obrazu i świata „Anteny”. Poruszają się z aktorami i możemy je oglądać pod różnymi kątami. Sami bohaterowie czasami nawet zdają się wiedzieć o ich istnieniu, jak protagoniści w „Fatalnym instynkcie”. Ale w świecie „Anteny” została jedna osoba potrafiąca mówić i bynajmniej nie jest nią polski lektor, psujący cały odbiór filmu.
Historia jest surrealistyczna, i wszystkie zabiegi stylistyczne są przez nią uwarunkowane. Nic nie jest dziełem przypadku, ani nie zostało stworzone dla samej estetyki. Scenografia, charakteryzacja i kostiumy tworzą obraz równie niezwykły jak sama ścieżka dźwiękowa. Każdy przedmiot i fragment tła ma swoje znaczeni. Część symboliki jest łatwo rozpoznawalna, część jest głęboko ukryta. Uważny widz z pewnością dostrzeże zapożyczenia z „Głowy do wycierania” Davida Lyncha czy „Podróży na księżyc” George’a Meliesa. Całość jest ucztą dla kinomanów i z pewnością zadowoli tych najbardziej wybrednych.


19 sierpnia 2009

autor : Cortes i Oksza z podkastu CELULOID

Sodoma i Gomora

Gomorra

  • Rok: 2008
  • Czas: 135 min.
  • Grają: Bernardino Terracciano i Giovanni Venosa.
  • Reżyseruje: Matteo Garrone.

Film wkrótce w sklepie Merlin.pl

Gomorra” to włoski kandydat do Oscara. Tytuł nawiązuje do biblijnej Gomory, gdzie niegodziwości i pogarda dla prawa przyczyniły się do zagłady miasta. Świat, przedstawiony w książce Roberto Saviano i przeniesiony na duży ekran przez Matteo Garrone, prezentuje nam współczesne oblicze Gomory jaką jest neapolitańska kamora. Grupa parająca się przestępczością zorganizowaną i to w stopniu znacznie przekraczającym sławną mafię sycylijską.
Świat włoskich zbrodni nie jest niczym obcym dla polskiego widza. Szczególnie dla fanów komisarza Cattani’ego bohatera serialu „Ośmiornica”. Oczywiście, jak wielu z Was, tak i ja byłem wypraszany z pokoju, kiedy zaczynał się seans. Obraz z „Ośmiornicy” i „Gommory” stawia historię Capone, Corleone i Soprano na półkę obok „Mody na sukces”. Wyidealizowany i sterylnie czysty świat amerykańskich mafiosów pociąga swą nierzeczywistą otoczką. „Gommora” odrzuca i szokuje równie mocno co „Miasto Boga” Meirellesa i Lund. Wizja biedoty uwikłanej w porachunki gangów jest wstrząsająca bez względu na miejsce akcji. Dużo bardziej aniżeli ta w dobrze skrojonych, markowych garniturach.
Historia obala mit jakoby światek przestępczy był związany tylko z rozbojami, prostytucją i narkotykami. Siatka jest o wiele bardziej skomplikowana i funkcjonuje praktycznie w każdym aspekcie naszego życia, począwszy od nielegalnych fabryk odzieżowych, a skończywszy na podejrzanych formach utylizacji odpadów.
Film zdobył Złotą Palmę na festiwalu w Cannes. Nie zgadzam się jednak z werdyktem jury. Film jest przeciętny, ale poruszył temat problemu wcześniej nie dostrzeganego przez świat. Do czasu książki Saviano, mało kto słyszał o kamorze. Książka i film przyczyniły się do popularyzacji tej grupy przestępczej, a co za tym idzie większej uwagi stróżów prawa.
Saviano już od dwóch lat mieszka poza Neapolem, chroniony przez służby bezpieczeństwa. Z kolei dwóch naturszczyków, grających w filmie, okazało się mieć koneksje z kamorą i stanęli przed sądem. Trudno już stwierdzić, które z doniesień prasowych jest prawdziwe, a które nie. Film zdobywa coraz szerszy rozgłos i bynajmniej nie jest to wynikiem jego walorów artystycznych.


18 lipca 2009

autor : Cortes i Oksza z podkastu CELULOID

Nie Katuj!

katujNie! – Filmom, które zamiast chcieć, to trzeba obejrzeć.
Nie! – Żerowaniu na patriotyzmie i widowni szkolnej.
Nie! – Kinu moralnego niepokoju trawiącego echem obrazy przeintelektualizowane, ambitne i nudne to bólu.
Nie! – Polskim superprodukcjom kręconym przez, i dla stałej, wulgarnej i infantylnej grupy wzajemnej adoracji.
Nie! – Dlaczego nie! I innym Grocholizacjom.
Nie! – Dziwkom, wódzie i Lindzie, kurwa!
Nie! – Ratowaniu WFDiF.
Nie! – Cenzurze w japońskiej pornografii.
Tak?


7 lipca 2009

autor : Cortes i Oksza z podkastu CELULOID

Good Bay And Good Luck!

BayMichael Bay od dawna przykuwał moją uwagę i pomyślałem, że wreszcie skumuluję myśli i przeleję je na „papier”. Uważam, że robi najlepsze hamburgery w Hollywood, czyli filmy perfekcyjnie zmcdonaldyzowane, absolutnie bezwartościowe, i które przy tym oczywiście świetnie smakują. Mimo, iż znaczna część amerykańskich produkcji reprezentuje żenująco niski poziom merytoryczny, przy jednocześnie imponującym (w porównaniu do europejskiego) poziomie formalnym, to styl Baya zasługuje, moim zdaniem, na wyjątkową uwagę. Mimo iż zapewne jest to „styl”, to poprzez fakt mcdonaldyzacji kusi mnie użycie określenia „matryca”. Czuję, że te filmy płyną do nas raczej z taśmy produkcyjnej, niż producenckiej.
Scenariusze obfitują w absurdy logiczne, które kupujemy, i których chcemy więcej. To właśnie w nich tkwi geniusz idiotyzmu. Bay używa sztuczek, które działają na naszą psychikę i zastanawiam się, kto i jak to wymyślił. Pierwszą jest „odwrócenie piramidy”, drugą „slow motion” (patos), a trzecią „kontrast”. Wszystkie trzy przeplatają się między sobą tworząc pozory normalności spajającej akcję (pomijam już podstawy scenopisarskiego „od zera do bohatera”, czyli kultu jednostki ratującej świat). Bay naprzemiennie stosuje hiperbolę i bagatelizację (wręcz mentalną degradację) w otoczeniu kontrastu logicznego i emocjonalnego (który zeń wynika). Widzimy to chociażby w „Twierdzy”, „Armageddonie” czy ostatnich „Transformersach”. (more…)


11 czerwca 2009

autor : Cortes i Oksza z podkastu CELULOID

Lista Connora

SZgodnie z zapowiedzią powracam do tematu najnowszej części Terminatora, którą miałem przyjemność wczoraj obejrzeć. Tak – mimo kilku większych uwag – przyjemność. Kibicowałem projektowi od początku, gdy udostępniony był jedynie blog twórców. Doceniam ich zaangażowanie, innowacyjność i poważne podejście do tematu. Film jest dobry. Ale…

Główny „problem” polega na tym, że James Cameron nakręciwszy drugą część Terminatora, podniósł poprzeczkę bardzo wysoko. Zbyt wysoko dla niedoświadczonych, acz ambitnych twórców. Kontynuowanie arcydzieł jest kuszące z czysto marketingowego punktu widzenia, jednak pod względem artystycznym jest wyjątkowo ryzykowne. Oczywiście zdarza się nakręcenie części trzymającej, bądź przewyższającej poziom oryginału. Udowodnił to chociażby sam Cameron prezentując „Aliens”, jednak do osiągnięcia takiego sukcesu potrzeba czegoś więcej niż chęci. Tego właśnie zabrakło McG. (more…)


24 maja 2009

autor : Cortes i Oksza z podkastu CELULOID

Decoy: The Disney Corporation Story

Studio Disneya zaciekawiło mnie swoimi ostatnimi poczynaniami. Korporacja, która tak nikczemnie zabiła ideę wielkiego geniusza i prekursora, obecnie jakoby starała się wskrzesić jego ducha i wraca do korzeni filmografii. Już w tym roku ma witać nas „Oceans” (hołd dla „A true-life adventure”), „Princess and the Frog” (powrót do klasyki animacji), „The Boys: The Sherman Brotherss Story” (rozbudzenie dziecięcych wspomnień i ulubionych filmowych piosenek). Wszystkiemu towarzyszy aura nadchodzącej gali, wielkiego święta, radości i dumy.

Ciekaw jestem, dlaczego to robią. Uczczenie 75 rocznicy śmierci Walta Disneya mnie nie przekonuje. Nie wierzę w rocznice, tylko preteksty do określonych działań. Gdyby faktycznie nie było w tym wszystkim krzty hipokryzji, obniżonoby ceny biletów do Disneylandów, co przecież było w zamyśle ich wielkiego twórcy od samego początku. Może ma to być kolejny etap marketingowej sinusoidy? Może stabilizują swoją pozycję na coraz to bardziej konkurencyjnym rynku (klasyka kontra 3D)? Nie wiem.

Muszę jednak przyznać, że pośród masywu ostatnich, często dość żenujących produkcji, zabieg ujednolicenia i uszlachetnienia jakości jest pozytywny. Cieszyłbym się, gdyby studio faktycznie zaczęło zachwycać magią Walta Disneya, niedoścignionego mistrza i wizjonera. Poczekamy, zobaczymy…


22 kwietnia 2009

autor : Cortes i Oksza z podkastu CELULOID

Wzywam do upolitycznienia telewizji

bostonNie ignorujcie proszę czytania tego tekstu tylko dlatego, że nie znacie serialu o którym piszę. Boston Legal wczoraj się skończył, przynajmniej dla mnie (ostatni odcinek wyemitowano w USA już jakiś czas temu), a nostalgiczne westchnięcie jakie nastąpiło po obejrzeniu ostatniego odcinka ustąpiło nadziei. Nadziei, że kiedyś polska telewizja publiczna będzie miała na tyle jaj, wizji i czelności by zaprojektować serial, w którym w inteligentny i szczery sposób dyskutowane są problemy polityczne, społeczne i kulturowe, na wzór BL. (more…)


5 kwietnia 2009

autor : Cortes i Oksza z podkastu CELULOID

Gra o życie

Tegoroczne Oskary wydały mi się wyjątkowo… ambitne. Czerwony dywan nie cierpiał pustego ciężaru epickich megaprodukcji, wydawałoby się, charakterystycznych dla Hollywood. Widzimy „Happy Go Lucky”, „The Wrestler”, „Frozen River”, nietypowo animowany „Waltz With Bashir”. Czyżby powoli nadchodziła era obrazów niezależnych i niskonakładowych? Pośród przykładów jest jeszcze wyjątkowo niepozorny „The Visitor” w reżyserii Thomasa McCarthy’ego – producenta “Sideways”. Film miał niemalże zerową promocję, a obsadę bardzo „pozornie niepozorną”, gdzie nawet główną postać gra aktor najczęściej obsadzany w rolach drugoplanowych. Poruszanych jest tu jednak wiele istotnych kwestii, w tym politycznych. Obraz stawia ważne pytania. (more…)


19 marca 2009

autor : Cortes i Oksza z podkastu CELULOID

Początek końca, czy ocalenie?

SPo upadku Skynetu nadeszła nuklearna pożoga. Ci, którzy przeżyli upadek cywilizacji zjednoczyli się pod przywództwem Johna Connora. Teraz jako opozycja walczą o przetrwanie nie mogąc pozwolić, by maszyny dokończyły dzieła zniszczenia.
Nadchodzącą, czwartą już część Terminatora, obserwuję od jakiegoś czasu. Pamiętam jak w zeszłym roku dostępny był jedynie blog prowadzony przez twórców. Nie ukrywam, że dało się w nim wyczuć potrzebę stworzenia obrazu wartościowego, szlachetnego, opartego na fabule dwójki, jednak oderwanego od dotychczasowego nurtu. „Dzień Sądu” to niekwestionowane arcydzieło i jak każde, wysoko stawia poprzeczkę potencjalnym następcom. Nie dość, że kolejny obraz musi dorównać poziomem, to jeszcze spełnić często wygórowane oczekiwania widowni. Zapowiadam, że gdy pojawię się na premierze, będzie to dla filmu prawdziwy dzień sądu. (more…)